|
Łukasz Bugaj
|
Blog > Komentarze do wpisu
Piątek trzynastego czyli pech, którego nie byłoOd pamiętniej decyzji agencji S&P o obniżeniu ratingów dziewięciu państw strefy euro minęły już ponad dwa tygodnie i ze spokojem można powiedzieć, że nie miała ona wpływu na rynki w taki sposób jak tego oczekiwano. Analitycy po raz kolejny pomylili się pisząc, że inwestorzy z wielką niecierpliwością wyczekiwali na decyzję agresywnej agencji, która swoją rewizję zapowiedziała już 5 grudnia. Można jedynie powiedzieć, że ów okres wyczekiwania wstrzymywał nieco byki do działania na wybranych rynkach, w szczególności walutowym. Rynki akcji werdykt S&P przyjęły bez wyrazu i kontynuowały swoją wcześniej rozpoczętą bardzo dobrą passę. Co ciekawe dopiero po decyzji agencji S&P ukazały się opracowania, że historia sugerowała spokojne podejście do cięcia ratingów. Otóż kiedy S&P w lutym 2001 roku obniżył rating Japonii z AAA do AA+, w ciągu następnych czterech miesięcy rentowność 10-cio letnich obligacji spadła z 1,46% do 1,15%. Rynek akcji również nie musi negatywnie reagować, czego przykładem jest rajd o 30% cen akcji w Kanadzie 12 miesięcy po tym jak ten kraj w 1992 roku stracił prestiżowy rating potrójnego „A”. Zresztą kolejnego przykładu daleko szukać nie trzeba, gdyż wszyscy dokładnie pamiętamy sierpień minionego roku, kiedy najwyższy rating straciły Stany Zjednoczone, co nie spotkało się z przeceną obligacji, a ten kto kupił amerykańskie akcje w poniedziałek po piątkowej decyzji agencji S&P, niemalże „wstrzelił” się w dołek. Widać więc wyraźnie, że zmiany ratingów są wskaźnikiem opóźnionym, który zresztą w ostatnim czasie traci na znaczeniu. Warto chociaż wspomnieć o komentarzach, że utrata najwyższego ratingu spowoduje przymus sprzedaży obligacji przez podmioty zmuszone przez swoje regulaminy do trzymania papierów wartościowych o odpowiednio wysokich ocenach kredytowych. Żadnej presji podażowej wygenerowanej tym kanałem nie zauważono w przypadku Francji oraz Austrii czy wcześniej dla papierów dłużnych emitowanych przez USA. Okazało się bowiem, że instytucje są bardzo elastyczne, czego wyraźnym przykładem jest EBC, którego nowy prezes powiedział nawet, że potrzeba nauczyć się działania w oderwaniu od ratingów. Mario Draghi nie miał również oporów przed stwierdzeniem, że kryzys na rynku nieruchomości nadszarpnął reputację agencji ratingowych, co odczytywać można jako znak, że nie należy się specjalnie przejmować ich działalnością. I tak właśnie uczyniły rynki. Tydzień po straceniu przez Francję sztandarowego ratingu potrójnego „A” był pierwszym od siedmiu, który doprowadził do wzrostu wartości waluty wspólnotowej. Wciąż bardzo dobrze zachowywały się rynki długu, na którym coraz śmielsze ruchy dokonuje Hiszpania. Kraj z Półwyspu Iberyjskiego na każdej aukcji od 13 grudnia sprzedał więcej obligacji niż planował, do tego obniżało się ich oprocentowanie. Spokój na rynku długu zapewnił bardzo dobre otwarcie roku na rynkach akcyjnych, gdzie w ciągu pierwszego miesiąca indeks S&P500 wzrósł o ok. 5%, co zapewniło mu najlepszy start roku od 15 lat. Podobnej skali zwyżki zainkasowali posiadacze europejskich akcji, a jeszcze większy zysk był udziałem rynków wschodzących, gdzie indeks MSCI Emerging Markets wzrósł o 11%. Tym samym widać jak na dłoni, że aktywa unikane w minionym roku, jak akcje z rynków wschodzących czy instytucji finansowych, teraz są usilnie kupowane. Dobre nastroje wspierają również złotego a krajowy parkiet giełdowy prezentuje się wręcz rewelacyjnie. GPW, która pod koniec minionego roku była okazem słabości, teraz świeci blaskiem siły tak mocno, że nawet podczas gorszych sesji w Europie Zachodniej potrafi dzień zamknąć na plusie. W tym samym czasie uważane za bezpieczną przystań obligacje amerykańskie tracą na wartości i to na tyle wyraźnie, że początek nowego roku był najgorszy od 2003 roku. Jak więc widać analitycy i tutaj się pomylili, gremialnie sądząc z końcem ubiegłego roku, że początek 2012 r. będzie nieudany dla inwestorów. Łatwo dojść do wniosku, że niekoniecznie musi się ziścić ich kolejna prognoza, mówiąca że druga połowa roku, podobnie jak to miało miejsce w 2009 roku, zapewni wzrosty głównych giełdowych średnich. Potencjalne ognisko zapalne nie wyjdzie zapewne ze strony agencji ratingowych, ale być może nadchodzących zawirowań na scenie politycznej. Nietrudno się domyśleć, że wybory prezydenckie we Francji mogą przynieść zawirowania na rynkach, po tym jak oponent tracącego na popularności Nicolasa Sarkozego - Francois Hollande - otwarcie zapowiada wojnę ze światem finansów. Historia z kolei każe obawiać się ewentualnej zmiany u sterów władzy w Paryżu, gdyż często towarzyszyły temu perturbacje na parkietach. Francois Hollande jest zdecydowanie mniej przychylny strefie euro niż Nicolas Sarkozy, więc nowy duet Merkel-Hollande może być trudny do materializacji. Zresztą sam duet Mekel-Sarkozy napotyka na coraz większe problemy związane z narosłym w ostatnich latach zróżnicowaniem gospodarek Paryża i Berlina. W tym miejscu warto dokładnie zapoznać się z uzasadnieniem decyzji agencji S&P, które nie koncentruje się aż tak bardzo - jak można tego oczekiwać - na złym stanie finansów publicznych. O wiele ważniejszą przyczyną jest brak konkurencyjności wybranych gospodarek. Szef S&P mówił wręcz o złej diagnozie aktualnych problemów i aby je skutecznie rozwiązać nie sugeruje nowych drakońskich zasad fiskalnych, ale zaleca skupienie się na poprawie konkurencyjności. Co ciekawe nowy prezes EBC również wspomina o potrzebie poprawy sprawności i efektywności działania europejskich gospodarek. Według Mario Draghiego poprawa konkurencyjności byłaby dźwignią do stymulowania wzrostu gospodarczego w strefie euro, któremu wyraźnie ciążą kolejno uchwalane pakiety oszczędnościowe. Konkurencyjną przepaść wyraźnie widać na przykładzie Francji i Niemiec, gdzie to drugie państwo w latach po zjednoczeniu potrafiło stać się wysoce efektywną gospodarką, podczas gdy Paryż swoich notowań pod tym względem nie poprawił. Właśnie dlatego Niemcy wciąż mają najwyższy rating ze stabilną pespektywą, Francja ową ocenę straciła, a Włochy zostały zdegradowane do takiego samego poziomu jak Kazachstan. To kolejny znak czasów, podobnie jak wzrost kosztu ubezpieczenia francuskiego długu do poziomu większego niż ma to miejsce w przypadku Afryki Południowej bądź Filipin. Rynek już dawno pozbawił Pałac Elizejski najwyższej oceny, więc otwarta deklaracja tego faktu zgodnie z zasadą „kupuj plotki, sprzedawaj fakty” jest dla inwestorów mało wartościowa. wtorek, 31 stycznia 2012, lukas.bugaj
Komentarze
lancut
2012/02/01 02:22:00
Brednie. Szkoda czasu marnowac na czytanie.
2012/02/01 09:30:22
Trzeba dowiedzieć się co wyrażają ratingi. Dodajmy, że rating "zielonej wyspy" nad Wisłą nie zmalał, a rentowności długu publicznego wzrosły. Ponadto u nas część analityków ogłasza ogromny sukces długu publicznego w okresach wzrostu kosztów obsługi długu.
2012/02/01 09:51:43
Ależ ja się nie dziwię, że analitycy się pomylili. Przecież to są zawodowi goście od pomyłek i wróżenia z fusów. Pan Panie Łukaszu rok temu prognozował WIG20 na koniec 2011r na poziomie 3500 więc o czym my tutaj rozmawiamy :)
|