Komentarze rynkowe Łukasza Bugaja, analityka Xelion. Doradcy Finansowi
| < Luty 2010 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
Kategorie: Wszystkie | Komentarze
RSS
piątek, 31 lipca 2009
Jak można wytłumaczyć nadzwyczajny wzrost cen akcji, gdy fundamenty tego nie uzasadniają?

Spróbujmy się na moment zatrzymać i znaleźć wytłumaczenie ponadprzeciętnych wzrostów cen akcji. Wydawać by się mogło, że po silnych spadkach aktywności gospodarczej i wciąż trwających strukturalnych problemach w USA nie można oczekiwać silnego odbicia na giełdzie i próby wyceny ożywienie w kształcie litery V. Jest to jak najbardziej logiczne podejście. Skoro problemy, które doprowadziły do kryzysu (ogromne zadłużenie konsumenta amerykańskiego oraz słaby rynek nieruchomości) są wciąż z nami i mają się całkiem dobrze to jakim cudem można oczekiwać szybkiego powrotu na długoterminową ścieżkę wzrostu gospodarczego?

Otóż wytłumaczeniem tej zagadki może być rozróżnienie dwóch obecnie ścierających się zjawisk. Oddzielmy problemy strukturalne od sił cyklicznych. Mowa tutaj o tym, że po silnych spadkach każdy przedmiot czy organizm ma chęć do odbicia. Podobnie sprawa tyczy się gospodarki czy giełdy. Mowa tutaj o zachowaniu cyklicznym, które niczym naturalna siła żąda odreagowania dwuletniej bessy. Gospodarka również nie może spadać w przepaść niczym kamień, więc musi doznać choćby lekkiego oddechu. Rynki akcji taki oddech skrzętnie wykorzystują i silnie rosną.

Podstawą do odbicia w gospodarce są olbrzymie pakiety pomocowe z jednej strony oraz cykl zapasów w przedsiębiorstwach z drugiej. Widać to nawet w publikowanych w tym tygodniu wynikach spółek motoryzacyjnych, które drastycznie zmniejszają zapasy. W I i II kw. tego roku produkcja była więc mniejsza niż sprzedaż, która i tak była ekstremalnie słaba. Teraz więc jedynie stabilizacja sprzedaży na obecnych niskich poziomach będzie siłą sprawczą wzrostu produkcji. Wynika z tego, że produkcja może rosnąc nawet bez zwiększonego popytu, gdyż zapasy są tak niskie, że trzeba je odbudować. Rynek giełdowy jest silnie skorelowany z produkcją przemysłową, więc silnie reaguje. Widać to na przykładzie polskich małych i średnich spółek, które są bardzo wrażliwe na koniunkturę gospodarczą.

Mamy już więc namalowany obraz cykliczny – silne odbicie w gospodarce (gdzie pomocą służy efekt niskiej bazy) które jest uwidocznione w trendzie wzrostowym na rynku akcji. Przejdźmy więc do drugiej strony medalu – czynnika strukturalnego. Mowa tutaj o dłuższym terminie, który nie maluje się w kolorowych barwach. Bezrobocie w USA osiągnęło monstrualne rozmiary i wciąż rośnie. Rynki pocieszają się słabnącą dynamiką, ale dane z czwartku wciąż pokazują, że prawie 600 tyś osób aplikowało o zasiłek dla bezrobotnych. Rynek nieruchomości już nie spada w przepaść i w wariancie optymistycznym szoruje po dnie. Taki wariant wpierają poniedziałkowe dane o rosnącej sprzedaży nowych domów oraz wtorkowe dane o rosnącej cenie w relacji do poprzedniego miesiąca (po raz pierwszy od lipca 2006 roku). Rynek jest jednak wciąż słaby i zdominowany przez przymusową sprzedaż domów zajętych przez banki. Wspomnieć warto o kolosalnym zadłużeniu amerykańskiego konsumenta, który ani myśli o zwiększeniu wydatków. Teraz prym wiedzie oszczędne życie, na co wskazuje rosnąca stopa oszczędności.

Strukturalna słabość oznacza, że po cyklicznym wzrostowym impulsie zabraknie czynnika podtrzymującego młode ożywienie gospodarcze. Optymiści mogą wskazywać, że pakiet Obamy posłuży za taki stabilizator, ale prawda jest taka, że bez prywatnego sektora gospodarka USA nie rozpocznie silnej i co ważne długotrwałej odbudowy. Rynek natomiast stara się taką wyceniać.

Teraz warto się zastanowić jakie implikacje dla giełdy niesie powyższy scenariusz. Skoro czynniki cykliczne dalej promują silne odreagowanie to rynek giełdowy powinien nadal dyskontować ożywienie w kształcie litery V. Co ciekawe pod koniec roku jeżeli gospodarka realna rzeczywiście rozpocznie proces podnoszenie się z dołka i produkcja przemysłowa w USA zacznie rosnąć to indeksy giełdowe mogą oszaleć na wieść o potwierdzeniu sygnału, który dotychczas występuje jedynie w sferze marzeń ankieterów tworzących liczne indeksy wyprzedzające. Strukturalne problemy jednak pozostaną i ujawnią się w przyszłym roku, gdy efekt niskiej bazy zniknie a cykl obudowy zapasów zostanie zakończony. Wtedy każdy będzie czekał na czynnik, który podtrzyma powoli kiełkujące ożywienie gospodarcze. Optymiści będą pewnie wskazywali na rosnące w siłę rynki wschodzące z Chinami na czele, ale pesymiści powiedzą, że do tej rzeki myśmy już wchodzili, a decoupling się nie sprawdził. Co wtedy nas czeka? Można tworzyć różne hipotezy, ale większość z nich i tak nie będzie pomyślna dla gospodarki i rynku giełdowego. Inwestorzy przyzwyczajeni do długiej i spokojne hossy będą z pewnością zawiedzeni, gdyż całkiem prawdopodobnie tym razem doświadczą czegoś zupełnie innego, a mianowicie relatywnie krótkiej, ale dynamicznej hossy…

12:06, lukas.bugaj
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 lutego 2009
Efekt motyla

Czy dość popularny i przez hollywoodzki film szeroko rozpowszechniony efekt wpływu pozornie nieistotnych zdarzeń na inne, o wielokroć większym zasięgu ma również zastosowanie w ekonomii? Z pewnością tak i z łatwością możnaby go zastosować do tak obecnie szeroko opisywanego kryzysu.

Gdzie się teraz nie spojrzy i czegokolwiek się nie przeczyta to słowo recesja, czy kryzys odmieniane jest przez wszystkie przypadki. Winowajcami są oczywiście kredyty subprime, ale czy rzeczywiście one były przyczyną obecnych zawirowań? Otóż krach przeważnie nie jest wynikiem jakiejś jednej przyczyny.

Na sam wybuch składa się wiele czynników, ale można wyróżnić jakiś katalizator, który bardzo pomógł w powstaniu problemów. Osobiście zwróciłbym uwagę na niezmiernie łagodną politykę monetarną w USA na początku obecnej dekady. Można w niej znaleźć również nierozpowszechnione wydarzenie, które odcisnęło duże piętno na światowym systemie finansowym. Mowa tutaj o rozmowie ówczesnego szefa Fedu Alana Greenspana z nikim innym jak Benem Bernanke. Otóż Ben Bernanke, który panicznie bał się deflacji namówił Greenspana na obniżkę stóp do poziomu 1 proc. i przetrzymywanie ich na niskim poziomie przez długi czas.

Oczywiście poziom stóp procentowych nie zależy jedynie od szefa Fedu, ale mówimy przecież o efekcie motyla. Taka małoistotna rozmowa miała przemożny wpływ na zalew taniego pieniądza, który wielokrotnie lewarowany doprowadził do tego, co obecnie obserwujemy. Wprawiona w obroty ludzka chciwość tylko napędzała bieg złych wydarzeń. Pomagał rozpowszechniony podczas prosperity optymizm, który powodował start nieracjonalnych przedsięwzięć. Psychologia podpowie pojęcie efektu stadnego, który stworzy bańki cenowe, a te w końcu pęknąć muszą.

Co ciekawe, jak mówi Kenneth Rogoff, profesor Harvardu, na Wall Street „trudno zarobić na życie, prezentując skrajnie pesymistyczne poglądy". Oznacza to, że cykle naprzemiennych wzrostów i spadków są wpisane w naturę całego sytemu. Systemu, który przez liczne zaniedbywania (ponownie efekt motyla) stał się zbyt zderegulowany. Wyraźnie widać więc, że na przełomowe wydarzenie w postaci obecnego kryzysu duży wpływ miało wiele, wydawałoby się małoznaczących wydarzeń, które niczym łyżka dziegciu popsuły smak gospodarki światowej.

Oczywiście cyklów gospodarczych, a więc i kryzysów, nie można wyeliminować, ale można je złagodzić. Trzeba przy tym jednak uważać, aby owe środki łagodzące poprzez zagłaskanie problemów nie doprowadziły do wybuchu prawdziwie ogromnego krachu. Okresy dekoniunktury są bowiem bardzo potrzebne gospodarce, podobnie jak człowiekowi sen, bez którego funkcjonować normalnie po prostu się nie da.

15:16, lukas.bugaj
Link Komentarze (1) »